KOSBUD z wizytą w ugandyjskim sierocińcu
Pomysł na przekazanie afrykańskim dzieciom „kosbudowych” upominków narodził się w zasadzie od razu po nawiązaniu partnerskiej współpracy z mińskim podróżnikiem Rafałem Ziemickim, który udał się do Ugandy w celu zgromadzenia materiałów do kolejnej książki i którego w tym projekcie wsparła nasza firma.
Mogłoby się wydawać, że przekazanie takich drobnych podarunków będzie zadaniem stosunkowo łatwym, jednak rzeczywistość okazała się nieco bardziej skomplikowana. Bynajmniej nie ze względu na fakt, że trudno było potrzebujące dziecko w Afryce spotkać. Wprost przeciwnie – w wielu regionach afrykańskie dzieci nie mają praktycznie niczego i trudno było podjąć decyzję kogo, dlaczego i za pomocą jakiego algorytmu wyróżnić z tłumu potrzebujących. Jak wspomina Rafał: „Aby pojąć tego rodzaju dylemat moralny trzeba uprzednio zrozumieć brutalną prawdę – w krajach Trzeciego Świata, między innymi w Afryce, nie istnieje coś takiego jak dzieciństwo pojmowane jako okres beztroski, wypełniony zabawami z rówieśnikami, atrakcjami organizowanymi przez rodziców i przywilejami związanymi z młodym wiekiem. Tego rodzaju dzieciństwo to tak naprawdę całkiem niedawny wynalazek krajów Zachodu i w biedniejszych regionach Świata nie jest znane w podobnej formie. Krótko mówiąc – przejeżdżając przez afrykańskie wsie obserwuje się zazwyczaj kilkuletnie dzieci wykonujące pracę wraz ze swoimi rodzicami, jedynie obciążenie tą pracą jest adekwatne do wieku. Jeżeli ojciec z matką przenoszą zrąbane pnie drzewa, idące za nimi dzieci niosą po prostu mniejsze gałęzie”.

Sierociniec „Little Angels” znajduje się w trudno dostępnym regionie Ruhija, na obrzeżach Nieprzeniknionego Lasu Bwindi, zamieszkiwanego przez ostatnie żyjące goryle górskie.
W takich realiach pojawił się nasz „przedstawiciel” z paczką firmowych gadżetów – puzzli, kredek, skakanek, balonów, itp. Z perspektywy dziecka mieszkającego w Europie byłyby to przyjemne, lecz niewiele warte drobiazgi, natomiast z punktu widzenia dzieci z afrykańskich wsi, które jeśli już się bawiły, to wykorzystywały do tego zazwyczaj stare opony, patyki, podarte kartony albo kawałki drutu, z pewnością takie kolorowe, ładnie opakowane przedmioty wzbudzały niewspółmiernie większe pożądanie. Jak wspomina dalej Rafał: „będąc już na miejscu w Afryce nie za bardzo miałem pomysł, komu te drobiazgi najlepiej byłoby przekazać. Nie chodziło o znalezienie dziecka, które by się z takiego upominku ucieszyło – jak już wspomniałem, w tutejszych realiach sprawiłbym tymi gadżetami radość prawie każdemu brzdącowi. Chodziło o to, w jaki sposób rozdać te drobne przedmioty z jak największym sensem. Postanowiłem zatem zasięgnąć w tej sprawie rady naszego kierowcy, zaś on wskazał mi właśnie lokalną społeczność z sektora Ruhija w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi jako najbardziej potrzebującą grupę ludności, zamieszkującą obszar odcięty od dóbr cywilizacji oraz zapomniany przez Boga i rząd ugandyjski. Po dotarciu na miejsce nadal jednak nie wiedziałem, jakimi kryteriami kierować się w poszukiwaniu najbardziej potrzebujących dzieci. Zapytałem się więc o to jednego z pracowników naszej lodży, który bez wahania wskazał miejscowy sierociniec „Little Angels” jako miejsce o zdecydowanie największych potrzebach oraz zaproponował, że nas tam zaprowadzi. U wrót przywitał nas dyrektor ośrodka, który zaprosił nas na teren obiektu. Myślałem, że nasza działalność filantropijna ograniczy się do przekazania komuś w drzwiach torby z prezentami. Tymczasem zostaliśmy oprowadzeni po całym sierocińcu, gdzie mogliśmy z bliska przyjrzeć się smutnym realiom życia afrykańskich sierot, mieszkających w bardzo ubogich warunkach. Przede wszystkim jednak zaskoczyła nas (a w pewnym sensie też przytłoczyła) ilość podopiecznych zamieszkujących sierociniec – w takiej małej osadzie spodziewałem się kilkoro, co najwyżej kilkanaścioro dzieci, natomiast okazało się, że placówka otacza opieką dzieci z całego regionu i jest tu ich ponad 400. W niewielkich, dusznych domkach, na piętrowych łóżkach spało po około dwadzieścioro dzieciaków, a całą wolną przestrzeń wypełniały sznurki z suszącą się bielizną. Codzienne posiłki wydawane były na zewnątrz bezpośrednio z kuchni polowej do miseczek. Jednocześnie prowadzona tu była jedyna szkoła w okolicy – oprócz miejscowych sierot uczęszczały do niej dzieciaki z innych części regionu.
Zanim Dyrektor oprowadził nas po ośrodku, opiekunowie zgromadzili wszystkie dzieci na placu – przywitały nas one programem artystycznym tańcząc do rytmu wyśpiewywanych lokalnych pieśni. My wraz z dyrektorem staliśmy na niewielkim wzniesieniu na wprost tej licznej gromady dzieciaków. Byliśmy w szoku i żaden z nas na takie spotkanie nie był przygotowany – do dziś mam przed oczami kolegę, który stał z rozdziawionymi szeroko ustami i nie był w stanie nakręcić krótkiego filmu telefonem, sprawiając wrażenie sparaliżowanego. W pewnym momencie dzieci zaprosiły nas do siebie i po chwili znaleźliśmy się w tłumie bujając się nieśmiało i klaszcząc nie w tempo – w ten sposób próbowaliśmy zatuszować fakt, że jesteśmy po prostu od tych młodych Afrykanów o wiele mniej muzykalni, że o poczuciu rytmu nie wspomnę (oglądając później zapis wideo miałem wrażenie, że wraz z dwoma kolegami jako jedyni nie mamy rdzeni kręgowych, wymachując kończynami bez żadnego ładu i składu). Jedna z piosenek wykonywanych w ramach przygotowanego przez dzieci repertuaru nawiązywała do wyraźnie silnego w miejscowych wierzeniach i tradycjach kultu goryla – któryś z dzieciaków nie wiadomo kiedy wskoczył w worek z przyszytą maską, wykonując gwałtowne „małpie” ruchy w rytm melodii wydobywającej się z ponad setki gardeł.

Wydawać by się mogło, że miałem w ugandyjskim sierocińcu proste zadanie: przekazać torbę z „kosbudowymi” gadżetami dla dzieci. Spotkanie to okazało się jednak o wiele bardziej stresujące dla mnie, niż dla podopiecznych ośrodka.
Szczerze powiedziawszy czuliśmy się trochę niezręcznie – przyszliśmy do sierocińca z paczką drobiazgów, a przywitano nas na miejscu w taki sposób, jak byśmy doprowadzili tu kanalizację i przywieźli ze sobą czek na milion dolarów. Wydaje mi się jednak, że zarówno dla dzieci, jak i dla opiekunów oraz kierownictwa ośrodka ważniejszy od prezentów był sam fakt, że zainteresowaliśmy się losem podopiecznych sierocińca. Że po prostu tu zajrzeliśmy, jako przedstawiciele innego świata – tak bardzo dla nich odległego, jak odległym dla nas pozostawał świat tutejszych dzieciaków. Po zakończeniu występów i odśpiewaniu nam gromkich podziękowań, dyrektor ośrodka poprosił mnie, abym rozdał przywiezione upominki. A ja w dalszym ciągu nie miałem pojęcia, w jaki sposób mam to zrobić – jak wybrać dziecko, któremu coś dam, a jak spojrzeć w oczy temu, które pominąłem. To zadanie mnie przerosło, poprosiłem więc dyrektora, aby wyręczył mnie w pełnieniu tych honorów, bo ja po prostu nie jestem w stanie wykonać tej pozornie prostej czynności. Na szczęście kierownictwo w mig pojęło, o co chodzi i zwolniło mnie z paraliżującego obowiązku, na wykonanie którego nie starczyło mi sił. Potem dyrektor wyjaśnił mi, że w ośrodku nie ma podziału na rzeczy „czyjeś”, a z przywiezionych gadżetów wszyscy będą korzystać na równych prawach. Pod względem emocji wizyta u Małych Aniołków była chyba najmocniejszym przeżyciem w trakcie całego wyjazdu – nie mogliśmy się po niej otrząsnąć na długo po opuszczeniu sierocińca.”
Jako KOSBUD niezmiernie cieszymy się z faktu, że nasze firmowe gadżety trafiły w ręce tych najbardziej potrzebujących dzieci i sprawiły im odrobinę radości. A fotoreportaże Rafała z podróży po Afryce, Azji oraz obu Amerykach możecie przeczytać tutaj: https://www.facebook.com/powsinoga1976/
A dzieci z sierocińca Little Angels w Ruhija możecie wesprzeć tutaj: https://www.littleangelsuganda.org/